Blue planet

PL EN IS
  • o projekcie
  • artyści
  • blog
  • aktualności

Wywiad z Erlingiem Jóhannessonem, reżyserem "Błękitnej planety"

O znaczeniu elfów, recyklingu czarnych charakterów i teatrze dla dzieci w Islandii z reżyserem spektaklu „Błękitna planeta”, Erlingiem Jóhannessonem, rozmawiają jego asystenci Zofia Smolarska i Tomasz Kaczorowski

erling_7.jpg 

Zofia Smolarska: Zacznę od twojego ulubionego pytania: „Czy czerpiesz inspirację z islandzkiej przyrody do tworzenia sztuki?”

Erling Jóhannesson: Nie sądzę, żebym był inspirowany przez naturę, ale w Islandii ciągle jesteśmy o to pytani, więc warto się zastanowić, w jaki sposób natura wpływa na naszą pracę. Przyroda na Islandii jest piękna, ale bardzo się skomercjalizowała. Kiedyś pytałaś mnie, dlaczego tak często pokazuje się przyrodę w teledyskach islandzkich zespołów. W sztukach wizualnych lub muzyce jest to bardziej oczywiste, ale teatr jako sztuka przede wszystkim miejska koncentruje się na innych rzeczach, rzadko na przyrodzie.

ZS: Więc Andri Magnason był pierwszym, który poruszył w teatrze temat ekologii?

EJ: „Błękitna planeta” została napisana w proteście wobec eksploatowania przyrody, w czasie burzliwej debaty politycznej na ten temat. Toczyła się ona z inicjatywy aktywistów, którzy starali się zatrzymać budowę elektrowni na wschodnim wybrzeżu, a wśród których było wielu artystów, pisarzy czy muzyków. Ale czym innym jest traktowanie przyrody jako artystycznej inspiracji, a czym innym poruszanie kwestii jej wykorzystywania.

ZS: Tak, chodziło nam właśnie o kulturową funkcję przyrody. Na początku pracy nad spektaklem opowiadałeś, że na Islandii wciąż wierzy się w duchy zamieszkujące przyrodę: w trolle, elfy…

EJ: Myślałem raczej o dziedzictwie – to są rzeczy, które są z nami od zawsze, jak opowieści naszych dziadków. W Islandii mieszka niewielu ludzi na dość dużym obszarze. Jest nas tylko 300 tysięcy, z czego 2/3 mieszka w Rejkiawiku, a reszta rozsiana jest po kraju, gdzie ma bardzo bezpośredni kontakt z przyrodą. Nasz były premier, Steingrímur Hermansson, zapytany o to, czy ludzie na Islandii wierzą w elfy, bardzo trafnie odpowiedział: „Moja babcia opowiadała mi historie o elfach, a ja nigdy nie powiedziałbym, że moja babcia kłamała”. Podobnie działo się w starożytnych społecznościach. Te alegoryczne historie służyły podtrzymywaniu kontaktu z przyrodą. Jeśli nadajesz rzeczom czy zjawiskom ludzką twarz, to musisz traktować je na równi.

ZS: Ale jeśli macie takie wspaniałe opowieści, które podkreślają znaczenie kontaktu z przyrodą, dlaczego na taką skalę niszczycie środowisko?

EJ: Tak jest na całym świecie – jesteśmy chciwi, chcemy więcej i więcej.

ZS: Może jest tak, że Andri Magnason świadomie powrócił do tradycji islandzkich opowieści w książce poświęconej ekologii, żeby zainicjować ponowne nawiązanie kontaktu z przyrodą?

Tomasz Kaczorowski: Czy autor czerpał z dawnej literatury islandzkiej, z sag czy „Edd”? Widzę pewne podobieństwo w sposobie opowiadania historii.

EJ: Jeśli w Islandii używam zwrotu „opowiadanie historii”, to wszyscy wiedzą, o co chodzi. Sagi, które mamy od czasów pierwszych przodków, powstały z opowieści, którymi urozmaicali sobie wieczory po przyjściu z pola czy w zimie. Ale myślę też, że kiedy tworzymy teatr dla dzieci, należy po prostu opowiedzieć historię, bo one tego potrzebują.

ZS: Mówiłeś nam o islandzkich bajkach, w których występują przerażające postaci, na przykład matki, które zjadają własne dzieci. W finale „Błękitnej planety” dzieci pozwalają Nakręconemu dołączyć do ich grupy. Czy sztuka, w której nie musimy nikogo poświęcić ani ukarać śmiercią, nie była dla islandzkich dzieci zaskakująca? I czy tobie nie wydaje się to zakończenie zbyt łatwe, zbyt idealne?

EJ: Nie widzę nic złego w pozostawieniu dzieciom nadziei, która leży w przebaczeniu, ale rozumiem, o co ci chodzi i wciąż się z tym mierzę.

ZS: A może to też jest ekologiczna strategia autora? Zamiast pozbyć się tego, co ma negatywny wpływ lub czego już nie potrzebujemy, starajmy się zmienić to w coś dobrego – taki literacki recykling.

EJ: Jeśli patrzymy przez pryzmat ekologii, to jest całe mnóstwo negatywnych rzeczy w przyrodzie, które są potrzebne, bo tworzą dynamikę ekosystemu. Podobnie jest w społeczeństwie – po bardzo trudnych doświadczeniach musimy znaleźć sposób, aby iść dalej. Tak jak tu, w Gdańsku w 1970. Ludzie zginęli na placu przed stocznią – czy mamy zabić tych, którzy są za to odpowiedzialni? Tych, którzy strzelali, a może tych, którzy wydali rozkazy? Tylko czy wtedy przestaniemy kiedyś zabijać? Musimy przerwać ten łańcuch zemsty, ale to nie jest łatwe – są ludzie, którzy stracili bliskich. Jak mówić o tym dzieciom? I tu opowiadanie historii przychodzi z pomocą – dziecko może z niej wynieść tyle, ile jest właściwe dla jego wieku i doświadczenia.

ZS: Na początku pracy dużo rozmawialiśmy o ekologicznym kontekście, pokazywałeś filmy, pobudzałeś dyskusję na temat zmian klimatu. Czemu miało to służyć?

EJ: Mimo że sztuka powstała w reakcji na wydarzenia w Islandii, to mają one wymiar globalny. Dzisiaj to, w jaki sposób pozyskujemy energię, wpływa na cały świat.

ZS: Zależało ci na tym, żeby aktorzy byli świadomi tych spraw?

EJ: Zdecydowanie, nie ma innej drogi. Aktor jest prawdopodobnie najważniejszym twórcą spektaklu, więc musi współtworzyć go swoimi pomysłami. Co nie znaczy, że musi się zgadzać ze mną, czy z tym, co widział w filmie – inwestować siebie to też ujawniać swoje opinie, stawiać reżyserowi opór i pytać.

ZS: Z jednej strony wyposażasz aktorów w wiedzę, ale z drugiej wymagasz, żeby po wejściu na scenę byli jak tabula rasa. Czy to nie paradoks?

EJ: Oczywiście, że wchodząc na scenę, masz ze sobą cały bagaż przemyśleń, lektur, rozmów i poprzednich prób – ale to są tylko narzędzia, aby tworzyć „tu i teraz”. Chodzi o słuchanie siebie nawzajem, o otwartość i bycie hojnym w reakcjach wobec partnerów. To bardzo powszechna zasada w islandzkim teatrze: możesz mieć swoje przemyślenia, możesz pracować w domu nad swoją rolą, ale nie możesz wchodzić na scenę ze swoim planem akcji i ustawiać pozostałych aktorów pod siebie. Bycie „czystą tablicą” dotyczy również mnie – muszę oderwać się od kontekstu islandzkiego i znaleźć nowy dom dla tej opowieści. Jeśli wystawiałbym tę sztukę w Islandii, to pewnie wyglądałoby to zupełnie inaczej.

ZS: Bez stoczniowych żurawi?

EJ: Tak, pewnie bez żurawi. Cały czas szukam polskich odniesień w spektaklu.

ZS: Czasem, kiedy opowiadam ci o Polsce, mówisz, że coś jest dziwne, ale w pozytywnym sensie – że coś cię ciekawi. Zauważyłam też, że często używasz słowa „dziwny” w trakcie prób. Czasami ma to pozytywny wydźwięk – jak wtedy, kiedy mówisz: „Wolę dziwne rozwiązania od tych bardziej oczywistych”, a czasami…

TK: …coś jest zbyt dziwne.

EJ: Po islandzku też często używam słowa sérstakt. Dosłownie oznacza: „stoi bez wytłumaczenia” i może mieć bardzo pozytywne zabarwienie.Wszystko w Polsce jest dla mnie obce i dlatego jest interesujące. W Islandii myśli się najczęściej o Polakach jako o pracownikach najemnych. To jest największa grupa imigrantów w Islandii…

TK: …i najliczniejsza mniejszość. W Polsce wciąż myślimy o sobie jako mieszkańcach kraju na peryferiach Zachodu. Czy w Islandii macie podobne wrażenie?

EJ: To jest fakt geograficzny – jesteśmy daleko na oceanie.

ZS: Ale opowiadałeś, że dużo podróżujecie, że młodzi ludzie bardzo często studiują za granicą, potem wracają. Czy ta wymiana z Zachodem Europy i Ameryką jest intensywna?

EJ: Przedstawiciele mojego i młodszego od nas pokolenia w większości mają za sobą doświadczenia życia zagranicą choć przez krótki czas – w Europie, w USA, więc nie mamy poczucia, że jesteśmy do tyłu. Teatr w Islandii jest bliski europejskiej tradycji teatralnej, jego twórcy często kształcili się na Zachodzie Europy.

ZS: Wspominałeś o wycieczce w gronie studentów aktorstwa za żelazną kurtynę. Gdzie dokładnie byliście?

EJ: We wschodnich Niemczech i w Pradze. To było lato 1989, tuż przed upadkiem muru berlińskiego.

ZS: Pytam o to, ponieważ w „Błękitnej planecie” jednym z kluczowych wydarzeń jest podróż Brimira i Huldy na ciemną stronę planety. Byłam ciekawa, czy sam kiedykolwiek przeżyłeś taką podróż. Czy to może była tamta wyprawa za żelazną kurtynę?

EJ: Dotąd myślałem o ciemnej stronie planety jako o Afryce, bo tam dzisiaj pochłaniamy surowce, aby wyżywić nasz konsumpcjonizm. Ale można to widzieć w różnych kontekstach – możesz też przejść z jasnej na ciemną stronę w obrębie jednego miasta, nawet jednej dzielnicy. Historycznie rzecz biorąc, Polska i Islandia były kiedyś po ciemnej strony planety. Dzisiaj te podziały wiążą się działaniami wielkich korporacji. To one kontrolują polityków, aby uzyskać dostęp do surowców.

ZS: Widzieliśmy w filmie „Dreamland” opartym na książce Magnasona o tym samym tytule, że islandzkie partie polityczne chętnie włączają się w działania korporacji. Nie mogą się im przeciwstawić?

EJ: W każdym kraju, pewnie także w Polsce, za partiami politycznymi stoją siły, które sterują ich opiniami za pomocą pieniędzy. W „Dreamland” jest wypowiedź byłego płatnego lobbysty, który potem opisał ten mechanizm w swojej książce: przyjeżdża do małej miejscowości gdzieś na wschodnim wybrzeżu i przedstawia argumenty na korzyść planu, który chce przeforsować. To bardzo proste, zresztą uczą tego na uniwersytetach. To ta sama rozmowa, którą w ostatnim akcie sztuki Nakręcony przeprowadza z dziećmi. Najprościej jest zastraszyć, spowodować, że ludzie zaczną się bać, czy będą mieć jutro co do garnka włożyć.

ZS: „Błękitna planeta” jest twoim pierwszym podejściem do teatru dla dzieci?

EJ: Nie, zrobiłem wcześniej dwie islandzkie sztuki o dzieciach żyjących na wsi. Twórcy tych historii należeli do pierwszego pokolenia, które przeniosło się do miasta. Może dlatego sztuki, które powstawały, były z reguły romantyczne, opowiadały o ekscytującym czasie spędzonym na wsi, o pierwszych miłościach.

ZS: Graliście te przedstawienia dla szkół?

EJ: Nie, graliśmy dla indywidualnych widzów. W Islandii nie mamy żadnych teatrów grających wyłącznie dla dzieci – takich, do których mogłyby przychodzić szkoły, jak u was. Teatr Narodowy i Teatr Miejski wystawiają po jednym przedstawieniu dla dzieci rocznie. To bardzo źle, bo szkoła powinna dać ci dostęp do kultury. Szczególnie, kiedy twoi rodzice nie mogą ci tego zapewnić. Kiedy ja byłem młody, chodziło się do teatru dwa razy do roku. Tego już nie ma z powodu decyzji, które podejmuje minister edukacji. Czasem zdarzają się bardzo aktywne komitety rodzicielskie, które organizują wyjścia do teatrów w weekendy.

ZS: W Polsce czasem zbiera się pieniądze na wyjście do teatru od rodziców…

EJ: W Islandii nie wolno szkołom żądać od rodziców ponoszenia dodatkowych opłat. To wszystko sprawia, że jest bardzo mała różnorodność sztuki dla dzieci.

ZS: Czy skutkiem tego jest nikłe zainteresowanie teatrem wśród dorosłych?

EJ: Na razie w Islandii dużo osób chodzi do teatru i ten sposób spędzania czasu nie jest właściwy tylko dla wykształconych i zamożnych osób. Jest nas 300 tysięcy i tyle samo biletów jest sprzedawanych rocznie. Ale społeczeństwo się zmienia i martwię się, jakie będą konsekwencje obecnego stanu teatru dla dzieci. Mamy na przykład coraz więcej emigrantów, którzy rzadko zabierają dzieci do teatru z powodu bariery językowej i kulturowej. Poza tym mała różnorodność repertuaru powoduje, że teatr nie odpowiada na najbardziej aktualne, codzienne problemy dziecięcej publiczności. Wśród twórców brak jest wypracowanej strategii i ciągłości w myśleniu o tej formie sztuki, brak eksperymentów na tym polu. Teatr amatorski był do niedawna bardzo popularną formą spędzania czasu. W każdej większej wiosce ludzie spotykali się raz do roku, aby wystawić sztukę. Głównie były to dramaty romantyczne lub duńskie sztuki tłumaczone na islandzki przez księży. Ale to się bardzo zmniejszyło w ostatnich latach. Ludzie wolą inne formy spędzania czasu.

×