PL EN

ZA KULISAMI BLOG

Miniatura dla studenta | wokół "Tajemnicy diamentów"

 

Wywiad z reżyserem spektaklu „Tajemnica diamentów” Ireneuszem Maciejewskim. Rozmawia Joanna Śliwińska (Uniwersytet Gdański, studentka II roku Wiedzy o Tearze)

Chciał Pan zostać detektywem, kiedy był Pan dzieckiem?

Ireneusz Maciejewski: Pewnie, że tak. Wydaje mi się, że każdy chłopiec odkrywa w sobie żyłkę detektywistyczną, zwłaszcza po obejrzeniu wszystkich filmów i seriali detektywistycznych, ja również.

Miał Pan swojego ulubionego bohatera?

I.M.: Trudno powiedzieć. Chyba Sherlock Holmes i Kolombo… może te przykłady są dosyć klasyczne, ale właśnie tacy detektywi, którzy wiercą dziurę i nie pomijają żadnych faktów byli moimi wzorami.

Czy zapędy detektywistyczne przydają się w pracy reżysera?

I.M.: O, naturalnie, że tak. Trzeba rozgryźć aktorów i trzeba to zrobić po cichu.

Po cichu?

I.M.: Nie można pytać wszystkich o wszystko – trzeba dotrzeć do aktora różnymi sposobami. Kiedy przygotowujemy spektakl, musimy też dojść do jakiejś prawdy. Myślę, że te poszukiwania łączą reżysera i detektywa.

Dlaczego zdecydował się Pan na realizację tej właśnie książki?

I.M.: Rozmawialiśmy z dyrektorem o takim temacie detektywistycznym dla dzieci, ale także o konwencji serialowej, to znaczy – mamy tych samych bohaterów i za jakiś czas możemy obejrzeć inne przedstawienie i inną zagadkę dziejącą się w tym samym mieście. I właśnie między innymi pojawiło się „Biuro Detektywistycznego Lassego i Mai”, które w Szwecji cieszy się szaloną popularnością. Po przyjrzeniu się jej uznaliśmy, że jest to ciekawa książka z wyrazistymi postaciami i bardzo ciekawym światem. To znakomite historie, które prowokują dzieci do myślenia, nie tylko logicznego, ale też etycznego. Myślę, że stąd bierze się taki sukces tej pozycji w Szwecji i że Polsce również zrobi się o nich coraz głośniej, już cieszą się sporym powodzeniem.

Nie bał się Pan, że do teatru przyjdą dzieci już po lekturze tych książek?

I.M.: Jak wiadomo u nas czytanie nie jest w modzie (śmiech) Te książki są przeznaczone dla dzieci, które dopiero uczą się czytać, albo są jeszcze na poziomie podstawowym w czytaniu – duże litery, proste historie, może trochę schematyczne, bo zawsze autor umieszcza trzech podejrzanych, można wszystko odgadnąć, dorosły na pewno nie ma z tym problemu.

Jest na tyle prosta, by dziecko wpadło na jej rozwiązanie?

I.M.: Oczywiście, że nie jest prosta, w książce jest dużo prostsza niż u nas, ja starałem się ją troszeczkę skomplikować. Obawiałem się co będzie, jak ktoś będzie już wiedział, co się wydarzy po lekturze książki, albo gdy ktoś rzeczywiście zauważy na samym początku, który z trzech podejrzanych jest winien. Należy jednak wyjaśnić nie tylko kto, ale też w jaki sposób przestępstwo zostało dokonane.  

W jednym z wywiadów autor powiedział, że miasteczko Valleby, w którym mieszkają bohaterowie pozbawione jest problemów takich jak alkoholizm, śmierć, patologie społeczne. Też się Pan zgadza z tym, że niektórych tematów nie można poruszać z dziećmi?

I.M.: I tak i nie. Ja uważam, że dziecko należy traktować poważnie i nie chować go pod kloszem pod tytułem „wszystko jest ładne, piękne i dobre dookoła”, tylko należy uświadamiać, że mamy do czynienia ze złem, mamy do czynienia, tak jak w spektaklu, z przestępstwem, z jakąś brutalnością świata, bo to może spotkać każdego, w każdym miejscu. Tak, jak mieliśmy niedawno tą historię jedenastoletniej dziewczynki, która nieuświadomiona wsiadła do obcego samochodu… Dlatego uważam, że nie należy unikać takich tematów.

Co znajdą dla siebie w tym spektaklu dorośli?

I.M.: Myślę, że widz dorosły może się zainteresować formą tego widowiska, znakomitymi lalkami i miniaturą miasteczka projektu Dariusza Panasa, zastosowaniem kamery. Również część fabularna, detektywistyczna, może być dla dorosłego intrygująca, ciekawi go, kto jest winny, dlaczego dokonał przestępstwa i w jaki sposób. Może historia jest dosyć prosta, ale przestępca nie jest oczywisty. Stąd ten Kolombo, którego wspomniałem. On również nie poruszał się w świecie marginesu społecznego, ale bardzo często ludzi zamożnych, gdzie przestępcą był ktoś, z kim on miał do czynienia i to właściwie była taka gra między przestępcą i bohaterem. Tu również Lasse i Maja podczas śledztwa konfrontują się z przestępcą.

(rozmowa miała miejsce w ramach praktyk studenckich w Teatrze Miniatura, edycja 2011/2012)

***

Kryminalne zagadki Teatru Miniatura
recenzja ze spektaklu "Tajemnica diamentów"

Milena Fiałek, studentka Wiedzy o Teatrze, Uniwersytet Gdański

Odnoszę całkiem subiektywne wrażenie, że dawno nie było w Miniaturze tak głośnej premiery. Jest to jednak całkiem uzasadnione ze względu na nową formę opowieści. Mamy bowiem do czynienia z dość egzotyczną dla teatru strukturą, jaką jest serial. Ale o co właściwie tyle krzyku? O 15 kwietnia i premierę pierwszego odcinka serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”. To szwedzka historia dla dzieci – jak się okazuje – nie tylko szwedzkich. Opowiada o dwójce młodych bohaterów z Valleby, specjalizujących się w rozwiązywaniu zagadek o kryminalnym zabarwieniu. Autorem książki jest Martin Widmark, a adaptacji teatralnej – Ireneusz Maciejewski.

Reżyser podjął się ogromnego wyzwania, gdyż bardzo trudno powtórzyć fenomen książki, która od 8 lat zdobywa przyznawane przez dzieci nagrody. Powtórzyć go ponadto na scenie ożywiając postaci, a nawet całe miasteczko. Dostosować to nieco do naszych realiów i zadowolić bezlitosnych widzów – tak bowiem nazywa dziecięcą publiczność reżyser. Odpowiedzialność zwiększa jeszcze fakt, że gdańska „Tajemnica diamentów” jest prapremierą światową. Odpowiedź na pytanie, czy twórca powtórzył ten fenomen należy w stu procentach oddać w ręce młodym odbiorcom. Po ich reakcji wnioskuję, że owszem...

Otóż magia teatru zaczęła działać od samego wejścia do budynku. Detektywi i dziennikarze kręcili się po foyer i czarowali dzieci, wprowadzając klimat samej historii. Była to też zapowiedź interakcji z widzami już w trakcie sztuki. Interakcji – dla mnie trochę niezrozumiałej – dla rodzica i nauczyciela prawdopodobnie całkiem uzasadnionej i atrakcyjnej. Równie zapewne kształcącej co relatywizm postaci występujących w przedstawieniu. Nie były one bowiem jednoznaczne, czarne lub białe. Przestępcą nie okazał się opryszek w masce, a zupełnie zwyczajny – i stwarzający jak najlepsze pozory – bohater.

Idąc do Teatru Miniatura możemy spodziewać się, że poza aktorami na scenie prawie na pewno pojawią się lalki. W „Tajemnicy diamentów” pojawiają się bardzo szybko i grają kluczową rolę. Wszyscy bohaterowie historii są sporych rozmiarów kukiełkami, a aktorzy odgrywający tłum dziennikarzy stanowią dla nich jedynie tło. To zresztą wielki plus spektaklu, gdyż animacja lalek jest naprawdę cudowna i wywołała większość śmiechu, jaki słyszałam tego wieczoru wśród widzów. Drugim elementem, który mnie zachwycił jest kluczowy fragment scenografii, czyli makieta miasteczka. Z bliska naprawdę urzekająca, okradziona trochę ze swojego potencjału w samej sztuce.

Co więcej mogę napisać o najnowszej premierze? Może jedynie to, że stroje choć bardzo plastyczne, nie do końca przypadły mi do gustu. Może jeszcze to, że twórcy bardzo zmyślnie wykorzystują nowinki techniczne, śledząc na bieżąco z kamerą, co dzieje się na scenie i wokół niej tworząc pewien rodzaj telewizji w teatrze. Z pewną nieśmiałością dodam jeszcze tylko to, że spektakl zawiódł mnie zupełnie od strony muzycznej. Czy te wszystkie uwagi są jednak cokolwiek warte wobec tłumu zafascynowanych i uśmiechniętych dzieci wychodzących z sali i namawiających rodziców na natychmiastową podróż do najbliższej księgarni? Prawdopodobnie nie. Dlatego pozostaje nam najzwyczajniej w świecie zaczekać na jesień i premierę drugiego odcinka, czyli „Tajemnicy kina”. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem ciekawa i pełna nadziei na jeszcze lepszą zabawę.

 

 

Galeria
×