PL EN

ZA KULISAMI BLOG

Z cyklu "Praca w Miniaturze" | Zespół techniczny

Chyba każdego z nas interesuje to, co dzieje się za teatralną sceną, jak się tworzy teatralną magię. Naszym przewodnikiem po teatrze od kulis jest Tomasz Okęcki, montażysta i inspicjent w „Miniaturze”, z którym rozmawia Monika Jankowska

Proszę opowiedzieć, jakie zadania wykonuje pan w teatrze.

Przede wszystkim jestem montażystą. Mój drugi wykonywany zawód to inspicjent. Inspicjentem do tej pory byłem przy dwóch spektaklach – naszej najnowszej premierze „Fahrenheit”, a wcześniej przy „Baltiku”, który miał premierę w grudniu.

Czym zajmuje się montażysta w  teatrze?

Montażysta, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się montowaniem. Przygotowuję i montuję dekoracje na scenie, ale też w innych miejscach, w których gramy przedstawienia, na przykład w plenerze, jak w przypadku „Thermidora roku 143”. W tym spektaklu montażyści są także statystami, więc miałem szansę pojawić się w świetle reflektorów.

Ile czasu trzeba poświęcić na zamontowanie dekoracji?

Nie ma określonego czasu. Wszystko zależy od spektaklu i od scenografa, którego wizję trzeba wcielić w życie. On wyznacza ilość elementów scenograficznych, rekwizytów, kostiumów, od jego pomysłów zależy też stopień skomplikowania całości. Przy montowaniu dekoracji trzeba też konsultować się z pracownią plastyczną, która je wykonała i z reżyserem.

Dlaczego postanowił pan pracować dla teatru właśnie od tej strony, która jest widzowi na co dzień niedostępna?

W zasadzie był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Kiedyś zatrudniłem się w „Miniaturze” dorywczo, żeby pomalować korytarz. Akurat zdarzyło się tak, że coś zaszwankowało na scenie, a mi udało się to naprawić. I proszę, pracuję tu już jakieś dziesięć lat. Od zeszłego roku jestem też inspicjentem.

Jakie są zadania takiej osoby?

Inspicjenta można nazwać ogniwem łączącym między reżyserem a innymi pracownikami teatru – ekipą elektro-akustyczną, pracownią plastyczną, zespołem aktorskim, a nawet dyrekcją. Ja akurat miałem takie szczęście, że mój debiut jako inspicjenta obserwował dyrektor Romuald Wicza-Pokojski, który był jednocześnie reżyserem „Baltika”. Ponieważ dyrektor i reżyser był tą samą osobą, miałem ułatwione zadanie – o decyzjach reżysera nie musiałem już informować dyrektora. Inspicjent musi panować nad wszystkim, co się dzieje wokół sceny i koordynować pracę aktorów. Jest osobą, która przed każdym spektaklem sprawdza, czy wszystko jest na swoim miejscu odpowiednio przygotowane.

Bywają nerwowe sytuacje, gdy w ostatniej chwili okazuje się, że coś nie zostało dopracowane, albo się zepsuło już w trakcie przedstawienia?

Bywają takie sytuacje, oczywiście. To jest teatr, a teatr to życie – to nie jest film, gdzie zrobi się stopklatkę, a potem wytnie nieudaną scenę. Czasami uda się naprawić, a czasami trzeba przymknąć na coś oko. Wpadki się zdarzają podczas grania spektakli, ale mamy dobrych aktorów, którzy w takich momentach zachowują zimną krew. Widz nie ma prawa wiedzieć, że na scenie coś dzieje się nie tak, jak to było w scenariuszu.

Co sądzi pan o zwiedzaniu teatru od kulis? To dobry pomysł, żeby zdradzać widzom techniki stosowane podczas przedstawień?

Jak najbardziej to pomysł na plus. Wiele rzeczy możemy wyjaśnić, zaprezentować. Ale nawet podczas zwiedzania nie pokazujemy wszystkich stosowanych przez nas rozwiązań technicznych. Są sekrety, których osobom postronnym nie zdradzimy.