PL EN

ZA KULISAMI BLOG

Wywiad z Jackiem Majokiem, aktorem Miniatury

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Jackiem Majokiem, aktorem Teatru Miniatura, który w 2015 roku obchodzi 25-lecie swojej kariery artystycznej. Wywiad został przeprowadzony przez Mirosława Barana przy okazji premiery monodramu Jacka "U stóp drabiny" na podstawie opowiadania "Uśmiech u stóp drabiny" Henry'ego Millera.


Czy błazen to dobra metafora aktora?

Zdecydowanie. Nie wiem nawet, czy to właśnie klownada nie jest kwintesencją aktorstwa. Błazen jest albo uśmiechnięty, albo smutny – jak maska teatralna komedii i tragedii. Błazen używa minimum środków, co świetnie zgrywa się z moją młodzieńczą fascynacją ruchem i formą w teatrze. Ja w błaznowaniu nie widzę nic złego, przecież w kulturze postać błazna jest bardzo ważna i mądra. Jak myślę sam o sobie, to raczej jako o komediancie. Ale przecież te dwie rzeczy są sobie bardzo bliskie.

Dlatego przygotowujesz spektakl inspirowany „Uśmiechem u stóp drabiny” Henry’ego Millera?

Każdy z nas, nawet jak utworów Millera nie czytał, ma z nim bardzo konkretne skojarzenia. Zawsze mnie to zresztą fascynowało, że pisząc kolokwialnie o seksie, tworzył on jednocześnie niesamowite metafory. Ale „Uśmiech u stóp drabiny” to rzecz zupełnie inna, która mu się jakby „wymsknęła”. Miller miał napisać ten tekst do rysunków o cyrku Fernanda Légera. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z czymś, co ostatnio jest bardzo niepopularne, gdy mówimy o sztuce, a jednak istnieje – z natchnieniem, jakimś głosem z zewnątrz. Czytając utwory Millera, widzimy, że potrafi być ordynarny i poetycki, skrajnie ironiczny, a tu nagle mamy tekst w zupełnie innym stylu. Powiem trochę górnolotnie: światło, które padło na Millera, jak to pisał, przetworzone przez autora, złapało mocno także mnie. Czytałem ten tekst wielokrotnie przez ostatnie 20 lat. Pomimo to, gdy ostatnio ktoś mnie zapytał, o czym to jest, zdałem sobie sprawę, że nie potrafię opowiedzieć zakończenia. Przymierzałem się do tego tekstu parokrotnie, ale stwierdziłem, że nie uniosę tego sam. Dlatego zaprosiłem do współpracy Marka Branda, który przygotował adaptację tekstu.
Mnie osobiście w opowiadaniu Millera zainteresował bardzo imperatyw twórczości. Bo on istnieje. Uważam, że jeśli faktycznie Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, to tym nieuchwytnym podobieństwem jest nie ciało czy dusza, ale kreatywność. Kreatywność, która doprowadza ludzi często do poczucia boskości, jak choćby przy inżynierii genetycznej. Można tym się zachłysnąć. Z drugiej strony – i o tym dla mnie jest opowiadanie Millera – nam, artystom, trzeba już czegoś więcej. Ale to „coś więcej” może być już niezrozumiałe dla widowni.

Czym jest to „coś więcej”?

Prosty przykład: nasz „Czerwony Kapturek” czy „Szalone ZOO” mnie nie zadawala. A „Remus” już może tak. To jest „coś więcej” na podstawowym poziomie. Jednak z czasem chce się czegoś jeszcze. Tak ma też klown, bohater „Uśmiechu u stóp drabiny”. On wie, że zna wszystkie sztuczki, wie doskonale, jak rozśmieszyć publiczność. Z czasem mu to nie wystarcza. Chce dać ludziom uśmiech, a nie śmiech. Dochodzi do miejsca, w którym nie może przekazać swoich myśli widzom jako artysta. Nie wiem, czy nie było czegoś podobnego u Grotowskiego, u którego teatr nie był celem samym w sobie, ale elementem samorozwoju. Bohater „Uśmiechu u stóp drabiny” wie, że tanie sztuczki może widzom dać każdy. Chce się podzielić z ludźmi czymś, co może jest już niepodzielne. Wracając do twojego pytania: potrafię nazwać, czym jest to „coś więcej” w różnicy pomiędzy „Czerwonym Kapturkiem” a „Remusem”. Ale dalej już nie. Może u Millera, który wykorzystuje figurę wniebowstąpienia, teatr wraca do swoich korzeni, do obrzędu religijnego? A tym samym staje się mniej zrozumiały, metafizyczny.

Wolisz teatr oparty na literaturze?

Tak jakoś wyszło. Zrealizowałem przed laty monodram według „Słowa o Jakubie Szeli” Brunona Jasieńskiego, kiedy miałem już dość ówczesnych spektakli w Miniaturze. Teraz bierzemy się za Millera, w zanadrzu mam kolejny tekst, który chodzi za mną od dziesiątek lat – „Wydrążeni ludzie” Eliota. Szanuję też Bruno Schulza, który często pojawia się w teatrze lalek. Dziś widzę, że przeszedłem pewną drogę, bo jak byłem młodym aktorem, wolałem teatr ruchu, teatr plastyczny. W ostatnich latach penetruję z dużą pokorą literaturę, wielką estymą darzę autorów tekstów, szczególnie tych z pokoleń wcześniejszych. Uważam, że byli o wiele mądrzejsi od nas. Wystarczy spojrzeć na ich życiorysy: zaliczali po kilka świetnych uczelni, w młodym wieku znali świetnie parę języków. Dlatego, nim cokolwiek z tekstu wyrzucę, dziesięć razy się zastanowię. Wyrzucić tekst jest zawsze bardzo łatwo. Najtrudniej zastanowić się, po co on jest i jeszcze to zagrać. W efekcie mamy teraz pełno reżyserów, którzy tną sztuki Szekspira i dopisują własne rzeczy. Na Boga, jak można dopisywać coś do Szekspira?

W jakich spektaklach lubisz grać?

Są rzeczy, które lubię i rzeczy, których nie lubię grać. I to całkowicie pomijając fakt, czy są to dobre, czy złe spektakle. Przykład „Remusa”: bardzo sobie cenię pracę z Remigiuszem Brzykiem i cieszę się, że taki spektakl powstał, ale bardzo nie lubię go grać. Ważnym dla mnie przedstawieniem, o ile nie najważniejszym w życiu, jest „Każdy przyniósł, co miał najlepszego” według książki Mieczysława Abramowicza w reżyserii Marka Branda. Ze spektakli Miniatury dla dzieci lubię grać w „Piotrusiu Panu”.

Dlaczego jest tego tak mało?

To wypadkowa wielu rzeczy. Na pewno bardzo dużo zależy od reżysera. Dlatego chociażby nie do końca jest dla mnie jasna sprawa z „Remusem”. Lubię, kiedy reżyser daje mi jasne zadania, kiedy wiem, co mam grać i mi się to nie nudzi. Nie chcę mówić za innych aktorów, pewnie każdy ma to wszystko inaczej poukładane. Ja osobiście nienawidzę – i to szczerze – reżyserów typu „wy coś wymyślcie, a ja wezmę pieniądze” lub „zróbmy to razem”. Z drugiej strony nie ufam też tym, którzy przychodzą z gotową receptą na wszystko. Nienawidzę też spektakli, gdzie mamy dwa zdania dialogu i od razu piosenkę. Mam taką teorię, że im gorszy reżyser, tym więcej upycha w przedstawieniu piosenek. Kultura, teatr powinny być trochę wyżej. Mamy dookoła pełno zabawy, kabarety, kino komercyjne, ogłupiającą telewizję. My wszyscy – i aktorzy, i reżyserzy, i dyrektorzy teatrów – powinniśmy rozumieć, jak ważne jest to, co robimy. Istotna dla mnie jest taka rzecz, bardzo niewymierna – pokora wobec sztuki.

Wobec tekstu czy sztuki w ogóle?

Sztuki w ogóle. Swoje pierwsze kroki na scenie stawiałem w teatrze w Łomży. Pracował z nami aktor-emeryt, który dołączył na dwa lata do zespołu sobie dorobić. Nie przypadliśmy sobie szczególnie do gustu. Jak już odchodził z teatru, nie mogliśmy się pożegnać osobiście. Zostawił mi więc kartkę, na której – obok kurtuazyjnego „było miło” i tak dalej – życzył mi pokory wobec sztuki. Wtedy się wściekłem, że stary dziad mnie poucza
Miałem wtedy jakieś 27 lat. Aktorzy mają tak: od razu po szkole wydaje im się, że wszystko wiedzą. Ja też tak miałem, myślałem, że mogę na scenie wszystko. To było pierwsze zachłyśnięcie, drugie przychodzi po paru latach w teatrze, gdy się myśli „no, teraz to już na pewno wszystko wiem”. Ta sytuacja z listem zdarzyła się w tym moim drugim okresie. Jednak cały czas treść tej kartki siedziała mi w głowie. I dopiero, jak przyszedłem do Miniatury, to wszystko zrozumiałem. Niby obracamy się w środowisku artystycznym, a nie wszyscy mamy pokorę wobec sztuki. A sztuka jest dla mnie bytem oddzielnym, pomimo naszego warsztatu i doświadczeń nie jest ona intelektualnie przez nas do ogarnięcia.

Z tego, co wcześniej mówiłeś, wynika, że uważasz aktora za rodzaj narzędzia w rękach reżysera.

Nie do końca. Ale jeżeli jest już taka funkcja jak reżyser, to czegoś od niego trzeba wymagać. My, aktorzy, ze spektaklem damy sobie lepiej lub gorzej radę sami. Ale osoba, która to uporządkuje, jest potrzebna. Wbrew pozorom to nie jest tak, że jak przychodzi reżyser bardzo dobrze przygotowany, z klarowną wizją, to nie ma tam już pola dla mnie. Odkryłem to dawno temu, jak pracowałem ze starą parą lalkarzy, Stanisławem i Lilianą Ochmańskimi. Robiliśmy razem szopkę, która miała charakterystyczny rytm i tempo, bardzo sztuczny ruch i nienaturalną akcentację tekstu. Jako młody aktor buntowałem się, chciałem więcej improwizacji. Ale jak już mieliśmy to wszystko precyzyjnie „wystukane”, dopiero zobaczyłem, ile mam tam jeszcze miejsca do grania. Bardzo dobrze, jak aktor z reżyserem poustawia z obu stron silne klocki, poza które nie spadniesz. Widowisko musi mieć oparcie. A tam, pomiędzy tymi klockami, jest jeszcze mnóstwo przestrzeni dla aktora.

Obchodzisz w tym roku 25-lecie pracy artystycznej. Czy czujesz się spełniony jako aktor?

I tak, i nie. Zdaję sobie sprawę, że w każdym zawodzie artystycznym zrobienie rzeczy wielkich i ważnych to prawdziwa rzadkość. A z drugiej strony zawsze jest pragnienie tego „czegoś więcej”. Mi już się nie chce podchodzić do rzeczy, które są miałkie. Patrząc obiektywnie zagrałem ostatnio w dwóch istotnych spektaklach: „Każdy przyniósł, co miał najlepszego” oraz „Remus”. Teraz pracuję nad trzecim, który też jest dla mnie ważny. Ale cały czas chce się czegoś jeszcze i jeszcze. I jest to całkowicie niezależne od choćby psychologicznej potrzeby uznania. Wchodzimy tu zresztą na trudny temat. Ja tak naprawdę swojego zawodu nie lubię. Dużo mu poświeciłem, dlatego nie myślę o jego rzuceniu. Ale jak obserwuję moje koleżanki i kolegów, to – w porównaniu z nimi – mnie on wyjątkowo dużo kosztuje. Może zabrzmi to banalnie, ale wchodząc na scenę, dokonuję trochę gwałtu na swojej osobowości. Jestem zdecydowanie introwertyczny. A z drugiej strony mam w sobie ten imperatyw twórczości, o którym cały czas mówimy. Według mnie teatr jest przestrzenią wolności, można zrobić w nim wszystko. Nie ma granic wyobraźni w teatrze, nie ma według mnie takich granic w ogóle w sztuce. Pod tym względem jestem bardzo lewicowy.

Rozmawiamy sporo o aktorstwie i reżyserii. A kim jest dla Ciebie widz?

Nie uciekniemy od tego, o czym mówiłem przed chwilą – dla mnie aktorstwo to byłby idealny zawód, gdyby nie widz. A na poważnie: to oczywiste, że teatr jest sztuką, która nie zaistnieje bez obu stron: aktora i widza. I to właśnie obecność widza sprawia, że trzeba w sobie na scenie pokonać pewną barierę, aby nawiązać kontakt. Widza traktuję niezwykle serio, ale z drugiej strony chciałbym tak samo być traktowany przez publiczność. Jeśli już zdecydowaliśmy się spędzić ze sobą trochę czasu, to traktujmy się poważnie i z niezbędnym szacunkiem. Obowiązuje to obie strony: i aktora, i widza.

Jakie teksty chciałbyś jeszcze zagrać jako aktor?

W tej chwili bardzo mi brakuje klasyki. Czuję to już od paru ładnych lat, tęsknię za takimi tekstami, jak utwory Szekspira czy Moliera.

Lubisz grać wierszem?

Tak! Uświadomiłem to sobie, pracując nad „Słowem o Jakubie Szeli”. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Okazuje się, że w tym rytmie, w rymie – jest jeszcze mnóstwo miejsca dla aktora.

Galeria
×