PL EN

ZA KULISAMI BLOG

Wywiady uczestników warsztatów "Szukamy współczesnego Remusa"

Zapraszamy do lektury wywiadów uczestników warsztatów dziennikarskich „Szukamy współczesnego Remusa” realizowanych w ramach programu Klasyka Żywa. Warsztaty towarzyszyły premierze spektaklu „Remus” w Miejskim Teatrze Miniatura w Gdańsku. Warsztaty realizowane były w trzech miastach: Gdańsku, Bytowie i Sopocie.


WYWIAD KAROLINY DERY Z HANNĄ PĘKAŁ (warsztaty w Gdańsku)
„Żyję po to, aby podróżować”

Rozmówczyni na co dzień jest nauczycielką języka angielskiego i właścicielką hodowli psów Yorkshire Terrier, a z zamiłowania wiecznym podróżnikiem. W wywiadzie opowiada o pasji, która zmieniła jej życie.

Podróże są dla wszystkich?
To zależy, czego człowiek oczekuje. Można dwa tygodnie spędzić w hotelu z basenem i wykwintnym jedzeniem, ale czy poczuje się w ten sposób smak prawdziwej kultury, tradycji i zwyczajów? Czy może przeżyje się iluzję rzeczywistości i pozostanie w pustej bańce, która stworzona jest jedynie dla turystów? Mam masę znajomych, którzy wypoczywają na plaży w Egipcie czy w Turcji i zazdroszczą takim „szaleńcom” jak ja, którzy wyruszają w podróż z plecakiem. Ale kiedy proponuję im wyjazd, mają wiele wymówek, by nie rezygnować z leniwych wakacji - a to że się nie nadają, boją się obcych, twierdzą, że będzie niebezpiecznie.

Ostatnim celem Pani podróży była Indonezja. Jakie kraje udało się pani jeszcze zwiedzić?
Oj, nazbierałoby się. Stany Zjednoczone, Meksyk, Belize, Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Peru, Boliwia, Chile, Indie, Birma, Tajlandia, wyspy w Indonezji i wiele krajów Europy.

Skąd takie zamiłowanie?
Już będąc nastolatką, pracowałam w wakacje tylko po to, aby być niezależną i wyjeżdżać. Oczywiście nie jeździłam za granicę, bo nie było wtedy takiej możliwości. Moim celem wtedy były góry, najczęściej Tatry albo Sudety, gdzie włóczyłam się z plecakiem i tak mi zostało (śmiech).

A pierwsza podróż za granicę?
Pierwszym zagranicznym krajem, który udało mi się zwiedzić, były Włochy, a konkretnie Rzym. Wspominam to miasto z nostalgią. Przyznam, że do dziś przytłacza mnie ogrom i kunszt rzymskich bazylik. I gdziekolwiek nie wyjadę, czegokolwiek nie zobaczę, wydaje się to małe w porównaniu z tym, co zobaczyłam w czasie pierwszej podróży.

Czym kieruje się Pani, wybierając kolejny cel podróży?
Zafascynowała mnie Azja, mimo że zawsze przyjeżdżam z niej chora - gorączka nie opuszcza mnie potem nawet przez dwa tygodnie. Ale żyję po to, aby podróżować, a podróżuję po to, by żyć. Wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydaję na wyprawy. Dlatego też to one decydują o kierunku i długości mojego pobytu. Niektórzy są uzależnieni od papierosów, alkoholu, pracy - a ja od podróży. Im więcej człowiek zwiedza, tym bardziej go to wciąga! Podróże zmieniły moje spojrzenie na życie. Kompletnie nie zwracam uwagi np. na markę mojego samochodu.

Podróżuje pani sama czy z grupą?
Zawsze z małą grupą osób i pilotem. Najczęściej są to wyjazdy z biurem podróży, ale nie są to wycieczki, w trakcie których świat zwiedza się przez szybę autokaru, a nocuje się w hotelach all inclusive. Poruszamy się lokalnymi środkami lokomocji, aby przebywać jak najdłużej i jak najbliżej ludzi.

To co zmienia się w człowieku po kilku tygodniach np. w Indiach?
Po przyjeździe z Indii zaczęłam doceniać nasze drogi! (śmiech) A jak wylądowałam w Warszawie, nie mogłam nacieszyć się ciszą. Narzekamy na nasze drogi, ale jeśli podróżuje się przez północne Indie 6-7 godzin po wertepach i dziurach, to wtedy dopiero doceniamy to, co mamy. Poza tym, Indie są bardzo głośne. Na pięciopasmowej drodze, w korku, gdzie każdy używa klaksonu, można oszaleć! Do ogólnego zgiełku dochodzą uliczni sprzedawcy nagabujący turystów. Człowiek przyjeżdża do domu i ogarnia go cisza. Doceniam wtedy także warunki, w których żyję. Jak wracam, mój wiejski domek to dla mnie niemalże pałac, cieszę się z tego, co mam i co osiągnęłam w życiu.

Za czym tęskni się najbardziej, gdy jest się tysiące kilometrów od domu?
Gdy jesteśmy w Indiach to zdecydowanie za łazienką i łóżkiem. Tam śpię w różnych warunkach, nie są to hotele pięciogwiazdkowe. To mój świadomy wybór. Uważam, że inaczej nie poznam prawdziwej kultury. Oczywiście tęsknię też za bliskimi.
Pierwsze na co mam zawsze ochotę po przyjeździe to warzywa. Zawsze myślałam, że w Indiach skosztuję owoców i warzyw, które są tam przecież karmione słońcem. W jadłospisie królują jednak ziemniaki, kapusta, soja, marchewka. I paratha, czyli placek zamiast chleba.

Czy myślała Pani, żeby zamieszkać na stałe poza Polską?
Nigdy nie myślałam o tym, żeby zmienić swoje miejsce zamieszkania. Jak wcześniej wspomniałam, jestem domatorem, kocham swój dom z ogrodem. Nie chciałabym zostawiać moich bliskich, przyjaciół, zaczynać wszystko od nowa. Tutaj mam też moje psiaki, za którymi bym również tęskniła. Bardzo lubię wyjeżdżać, zwiedzać, poznawać inne kultury, spotykać ludzi, którzy żyją inaczej niż my, mają inne zwyczaje i tradycje. Zawsze z takiej wyprawy w „inny świat” wracam z utęsknieniem do domu, gdzie jest mój azyl, moje małe „królestwo”, bez którego nie wyobrażam sobie życia.

Podróże wpłynęły na Pani ocenę Polaków?
Po przyjeździe do Polski najbardziej brakuje mi otwartości i uśmiechu ludzi. Mimo, że w najdalszych zakątkach świata ludzie żyją w szałasach okrytych liśćmi palmy, bez bieżącej wody, w ubóstwie, ludzie są szczęśliwi i dzielą się tym z innymi. Każdy jest w stanie ci pomóc, nawet przenocuje cię gratis! Życzliwość można spotkać wszędzie. Brakuje mi tego, gdy korzystam na przykład z komunikacji miejskiej w Polsce, gdzie ludzie nie zwracają uwagi na innych. Uderza mnie smutna rzeczywistość, w której Polacy rozpoczynają rozmowę od: „A wiesz, stara bida!”. Rekompensuje mi to jednak nasze stare miasto Gdańsk, w którym od zawsze jestem zakochana.

Dlaczego?
Gdańszczanie nie doceniają skarbu, w którym przebywają na co dzień! Uwielbiam spacerować po brukowanych uliczkach wśród stoisk z bursztynowymi arcydziełami i wczuwać się w klimat Starego Miasta. Nie ma chyba w Polsce miasta, w którym byłoby równie wiele pięknych kościołów! Jak jestem zmęczona trudami życia codziennego, to często siadam na moim tarasie z kubkiem kawy w ręku i wpatruję się w przepiękny widok na las albo zimą rozpalam ogień w kominku i zanurzam się w swoich wspomnieniach z różnych podróży. Jestem szczęśliwa wówczas, że jestem w moim domu, bo tak naprawdę w głębi serca jestem domatorem.

WYWIAD ILONY (warsztaty w Bytowie)

Jesteś w szkole ponadgimnazjalnej, w drugiej klasie. Co skłoniło cię do uczęszczania na zajęcia języka kaszubskiego?
Uczę się go już od szkoły podstawowej. Interesuję się kulturą Kaszub, historią, zwyczajami, jakie panują na naszych terenach. Dla mnie nauka języka kaszubskiego jest istotnym elementem niezbędnym do zrozumienia zachowań i praw rządzących lokalną społecznością oraz bezkonfliktowego współżycia.

Przekonania te wyniosłaś z domu? Dziadkowie, rodzice, może wujostwo kultywują tradycje i mowę kaszubską?
Nie, wręcz przeciwnie. Z całej rodziny tylko ja znam kaszubski. Jestem jedyną osobą w domu, która rozumie ten język, potrafi się nim porozumiewać, pisać i czytać. Wynika to z tego, że moi rodzice urodzili się i wychowali w Wielkopolsce, a na Ziemi Bytowskiej osiedlili się pod koniec lat 70. Nie mam więc korzeni kaszubskich. Z kaszubszczyzną łączy mnie jedynie ziemia, na której przyszłam na świat.

W takim razie ponawiam pytanie - skąd wola, żeby uczyć się rodnej mowy? Ktoś cię namawiał, sugerował, że byłby to słuszny wybór, czy była to twoja samodzielna decyzja?
Właśnie to, że poznałam ten język, zawdzięczam mamie (jak większość sukcesów). To ona zawsze zaszczepiała we mnie ambicje, by stawiać sobie wysokie cele i dbała o mój rozwój, co jak widać przynosi wymierne korzyści. Mama zapisała mnie na zajęcia języka kaszubskiego w - bodajże - trzeciej klasie szkoły podstawowej. Twierdziła, że spróbować nie zaszkodzi, a może mi się spodobać. Nie myliła się. Wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam przede wszystkim jej, ponieważ wprowadziła mnie na tę drogę. Dzięki niej mam szansę wypromować swój talent literacki.

No właśnie, pochodzisz z ludności napływowej, twoja rodzina nie ma żadnych związków z Kaszubami, a mimo to odnosisz już sukcesy na tym polu.
Nie mam trudności z nauką języków obcych, to chyba główna przyczyna. Przychodzi mi to bezproblemowo i szybko. Co do sukcesów literackich... Drugi powód niewątpliwie stanowi fakt, że pisarstwo jest moją pasją. Uwielbiam pisać różnorakie teksty, a napisanie ich w innym języku lub przetłumaczenie nie sprawia mi trudności.

WYWIAD UCZESTNIKA WARSZTATÓW W BYTOWIE

Babciu bardzo dobrze znasz język kaszubski. Wiem, że nie uczyłaś się go w szkole tak jak ja teraz.
W domu rodzice cały czas posługiwali się językiem kaszubskim. Na imprezach i rodzinnych spotkaniach, gdzie zbierały się w jednym miejscu przynajmniej trzy pokolenia naturalne było, że zarówno dziadkowie, jak i ich dzieci z wnukami posługiwali się tym językiem. Dość często można było spotkać ten język również w sklepach na wsiach.
A co do szkoły, to w latach 70. było odwrotnie niż teraz. Nie wolno było posługiwać się językiem kaszubskim. Za jego użycie groziły różnorodne kary cielesne, które skutecznie tłumiły w większości uczniów nawyk wplatania kaszubszczyzny w swoje wypowiedzi. Pamiętam to jak dziś, kiedy na lekcji matematyki mój brat użył słowa „jo”. Nauczyciel wówczas bardzo się zezłościł i spoliczkował mojego brata przy całej klasie. Było mi wówczas bardzo przykro. Nie chciałam, aby dochodziło do takich sytuacji.
Na szczęście w moim domu, jak pewnie u większości moich rówieśników, panowała zasada: „wolność słowa”, więc dalej kultywowano ten język. My najczęściej stosowaliśmy kaszubski przy pracach w gospodarstwie, aby umilić sobie czas. Pamiętam, że najczęściej śpiewaliśmy np. piosenkę „Hej mòrze!”.

Czy tak było dalej w założonej później przez ciebie rodzinie?
Swoich dzieci starałam się nie uczyć tego języka, by nie miały problemów w przyszłości. W tamtych czasach bardzo często z dzieci posługujących się językiem kaszubskim po prostu się naśmiewano. Oczywiście nie zważaliśmy na to i nadal przy wszystkich świętach między sobą, dorosłymi osobami, mówiliśmy po kaszubsku. No a w związku z dużą ilością rodzinnych spotkań dzieci samoczynnie stosunkowo szybko uczyły się języka. Natomiast dorośli próbowali do tego nie dopuścić. Sądzę, że przez to zamieszanie i zakazy, bo oni nie mogli mówić, a my przecież rozmawialiśmy, stracili sympatię do kaszubskiej mowy.
Zresztą ja sama, jako matka, często się z tej niechęci do nauki moich dzieci języka kaszubskiego wyłamywałam. Bardzo często nuciłam im wieczorne kołysanki właśnie w tym języku. Najczęściej śpiewałam im: „Maleja Kòlibiónka”. Ponadto w wolnym czasie w ramach rozrywki śpiewałam z dziećmi: „Mój tata kùpił kὸza”, hymn kaszubski oraz czytałam bajki „Paróbk i mëszka” oraz „Lës i wilk”.

Z tego, co mówisz, babciu, wynika, że tradycje kaszubskie były ci bliskie. Czy chciałabyś, aby następne pokolenia twojej rodziny też je znały i kultywowały? Dlaczego ty je kontynuujesz?
Dawniej mój tata był sołtysem i to on zajmował się wyprawianiem w każde Boże Narodzenie „Gwiazdorów”. Takie wydarzenie obchodziliśmy z całą wioską. Był to czas, kiedy mogliśmy ze znajomymi przebrać się np. za diabła i miło spędzić wieczory odwiedzając sąsiadów.
Podczas świąt wkładaliśmy siano pod obrus. Z kolei najbardziej znaną w mojej rodzinie wróżbą andrzejkową było wróżenie z owsa. Dowiadywaliśmy się w ten sposób o naszym przeznaczeniu i wielkości przyszłej rodziny.
Takie obyczaje pomagają wrócić do lat młodości, ale nie tylko to jest ważne. Starsi powinni dążyć do przekazywania tej wiedzy następnym pokoleniom. Dziś wiem, że wszyscy powinni jak najwięcej mówić po kaszubsku, aby przetrwała nasza tradycja.
Cieszę się, że są organizowane duże imprezy dla Kaszubów. Ostatnim razem byłam w 2009 r. w Bytowie na Dniu Jedności Kaszubów. Uwielbiam takie imprezy regionalne, ponieważ opowiadają o historii naszej społeczności kaszubskiej, o tradycjach, które - jak się okazuje - nie zanikły zupełnie.

Babciu, jak odbierasz to, że ja się uczę kaszubskiego?
To bardzo dobrze, że chociaż ktoś z młodych chce naszą kulturę i obyczaje zachować. Bardzo cieszy mnie fakt, że mój wnuk uczy się języka kaszubskiego w szkole. Dzięki temu mamy bardzo wiele wspólnych tematów i mogę dzielić się z tobą moimi opowiadaniami z dzieciństwa, tak jak dzisiaj.

WYWIAD UCZNIÓW 4 KLASY GDAŃSKIEJ AUTONIMICZNEJ SZKOŁY PODSTAWOWEJ W SOPOCIE Z JAROSŁAWEM KROPLEWSKIM:

Panu Bogu zostały resztki. I tak powstały Kaszuby”

 

Ile ma pan zawodów?
Trochę mi zajmie wyliczanie. Jestem dekarzem, bo umiem układać dachy. Jestem murarzem, bo umiem murować - swój dom na wsi sam wybudowałem, bo nie chciałem dawać innym zarabiać. Jestem stolarzem, bo wychowałem się  w stolarni i umiem na maszynach stolarskich robić. Z wykształcenia jestem inżynierem budownictwa, projektantem. Jestem też dyrektorem, ale chyba jedynym, który chodzi bez krawata. Pierwszy krawat kupiłem na wesele swojej chrześniaczki. Mam też uprawnienia przewodnika turystyki kajakowej. W izbie inżynierów budownictwa pełnię funkcję rzecznika odpowiedzialności zawodowej, czyli kogoś w rodzaju prokuratora. Pisanie wierszy, opowiadań i malowanie obrazów to nie zawód, więc tego nie liczę. Poza tym robię dobre pierogi ze szpinakiem, ale kucharzem nie jestem.

Kiedy nauczył się pan kaszubskiego?
Wychowałem się w Sierakowicach, mój pierwszy język to kaszubski. Kiedy poszedłem do pierwszej klasy, nie znałem w ogóle polskiego. Przez dwa lata mnie musieli przerabiać. Tak mi zostało, że lubię ten język.

Ile napisał pan wierszy?
Sprawa jest złożona. Nigdy nie chciałem obnosić się z tym, że piszę wiersze, nie przywiązuję do tego szczególnej wagi. Kiedy nawdycham się cementu na budowie, przychodzę do domu i piszę wiersze, to jest dla mnie sensowne zajęcie. Piszę też opowiadania. Kiedy przez trzy lata pracowałem na budowie w Monachium, prowadziłem pamiętnik. W Polsce w tym czasie zmienił się ustrój, a tygodnik „Polityka” ogłosił konkurs na pamiętnik wielkiej zmiany. Limit czterdzieści stron. Odliczyłem czterdzieści kartek z pamiętnika i wysłałem to do „Polityki”. Przysłali mi w zamian 10 tysięcy złotych. Postawiłem za te pieniądze kominek w moim domu w Zaworach koło Chmielna.

Czy jest coś, co się panu nie podoba na Kaszubach?
Wiecie, co to jest urbanistyka? To jest sztuka kształtowania krajobrazu. Jechałem niedawno przez Litwę, Łotwę i Estonię samochodem. Mimo że krajobraz jest tam mniej malowniczy niż na Kaszubach, to jest tam ładniej, bo nie ma tylu reklam. Dzisiaj gdy się wjeżdża do jakiegoś miasta w Europie, nie wiadomo, czy to Kościerzyna czy Lipsk. Większość miejscowości się do siebie upodabnia. Kaszuby słabo się przed tym bronią. Jak będziecie dorośli, powinniście się tym zająć.

Jaka była pana najdłuższa podróż kajakiem?
Najdłuższa była wtedy, gdy przepłynąłem cały Dniestr na Ukrainie, w czasach, gdy jeszcze częściowo istniał Związek Radziecki. Kajakarstwo jest moją pasją, miałem kilkanaście lat, gdy zacząłem je uprawiać. Spłynąłem wszystkie rzeki w Polsce i na Ukrainie. W styczniu wybieram się na wyprawę Brdą. Wolę pływać zimą, bo latem na wodzie jest tłok. Wtedy rzeki są najpiękniejsze. Lód chrzęści, sypie śnieg, jest ślicznie.

A najtrudniejsza?
Tutaj, bardzo blisko. Kiedy płynęliśmy z kolegą od Ostrzyc do Żukowa Jarem Raduni, mieliśmy chyba dziesięć wywrotek. Tam są prądy, wiry, jak w górskiej rzece. Jest taka legenda, że kiedy pan Bóg stwarzał świat, to miał całe skrzynie materiału budowlanego. Ale gdy kończył, zostały mu resztki: trochę piachu, rzek, wzgórz. Wszystko to wysypał i tak z resztek powstały Kaszuby. Kawałek górskiej rzeki, który panu Bogu został, rzucił pod Żukowo.

Rozmawia pan ze swoimi dziećmi po kaszubsku?
Sytuacja jest złożona, bo moja żona pochodzi z Poznania. Moi synowie znają kaszubski, ale nie tak, żeby swobodnie mówić w tym języku.

 

WYWIAD UCZNIÓW 4 KLASY GDAŃSKIEJ AUTONOMICZNEJ SZKOŁY PODSTAWOWEJ W SOPOCIE Z ROMANEM DRZEŻDŻONEM

„Nie cierpię dużych miast”

Czy miał pan kiedyś problemy ze swoim nazwiskiem?
Do dzisiaj tak jest. Mam w szufladzie w biurku zbiór różnych plakietek z konferencji. Na każdej z nich moje nazwisko jest inaczej napisane. Czasami nie podejrzewałbym nawet, że tak się mogę nazywać. Zawsze, kiedy przedstawiam się, dopytują mnie: jak pan się nazywa? Tylko jeden Niemiec, mój znajomy potrafi wymówić bardzo dobrze moje nazwisko po kaszubsku. Kiedyś myślałem o tym, żeby zmienić moje imię i nazwisko w dowodzie osobistym z wersji polskiej na kaszubską. (…) Zwyciężył we mnie ten jednak pragmatyzm kaszubski. Po co sobie komplikować dodatkowo życie?

Ile napisał pan w życiu książek?
Wydałem dwa tomiki wierszy, kilka książek dla dzieci, dwie książki popularyzujące wiedzę o Kaszubach. Jedna z nich mówi o języku, o naszej stolicy, zwyczajach, instrumentach muzycznych - zawiera podstawowe informacje dla turystów. Druga poświęcona jest tabace - dlaczego Kaszubi lubią ją zażywać i czy jest to szkodliwe. 90 procent rzeczy piszę po kaszubsku. Nie lubię pisać po polsku. Strasznie się męczyłem, przygotowując moją ostatnią książkę po polsku. Język kaszubski jest dla mnie plastyczniejszy, więcej mogę w nim wyrazić.

Dlaczego pan został pisarzem?
Dobre pytanie! Mój ojciec nazywa się Jan Drzeżdżon - tak samo jak jeden z największych pisarzy kaszubskich, który mieszkał w sąsiedniej wsi. Jak byłem mały, kupowaliśmy jego książki, stawialiśmy na półce i udawaliśmy przed kuzynami, że to nasz tata je pisze. Później zainteresowałem się jego pisarstwem, chociaż nie rozumiałem zbyt wiele, bo byłem za mały. To zbyt trudna literatura dla dzieci. Zafascynowało mnie, że tym języku można tak wiele wyrazić. Najpierw zacząłem czytać, a potem pisać po kaszubsku.

Które ze swoich opowiadań lubi pan najbardziej?
Nie lubię swoich opowiadań ani wierszy.

To po co pan je pisze?
Czekam jeszcze na takie opowiadanie, z którego byłbym super zadowolony.

Słyszałem, że jest pan założycielem kaszubskiego kabaretu?
Oj tak, to stara historia. Z moim kolegą Piotrem Ciskowskim założyliśmy na początku XXI wieku kabaret kaszubski „Fif”. Nie był to taki kabaret, jaki się kojarzy z Kaszubami, czyli jakieś panie z Koła Gospodyń Wiejskich. Chcieliśmy zrobić nowoczesny kabaret po kaszubsku i w pewnym sensie się to udało. Mieliśmy teksty dotyczące polityki, spraw obyczajowych. Występowaliśmy przez kilka dobrych lat nie tylko na Kaszubach, ale też i w Warszawie, na Śląsku, w różnych częściach Polski.

Czemu pracuje pan w muzeum, a nie gdzie indziej?
Pracowałem przez kilkanaście lat w Muzeum Ziemi Puckiej, bardzo mi się ta praca podobała. Dwa lata temu przeszedłem do muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie. Moją drugą pracą jest dziennikarstwo, pisanie tekstów do miesięcznika „Pomerania” i do innych gazet, a także pisanie książek. To też jest praca. Robię to po godzinach pracy w muzeum. Mam to szczęście, że pracuję w miejscu, które lubię.  

Kim jest pan z wykształcenia?
Skończyłem szkołę zawodową, byłem mechanizatorem rolnictwa. Potem uczyłem się w technikum rolniczym i zostałem rolnikiem. W ubiegłym roku skończyłem studia dziennikarskie, jestem licencjonowanym dziennikarzem. Zamierzam jeszcze studiować mój ulubiony przedmiot, czyli historię, ale to w przyszłości.

Uczył się pan kaszubskiego jako dziecko?
Kiedy byłem mały, mówiłem w mieszance polsko-kaszubskiej. W szkole podstawowej zwracano mi na to uwagę. Moi rodzice rozmawiali ze mną po polsku, ale między sobą po kaszubsku. Dziadkowie, ciocie, wujkowie, sąsiedzi, całe otoczenie mówiło po kaszubsku, ale do dzieci zwracano się po polsku. Kiedy mój ojciec poszedł do szkoły, nie rozumiał ani słowa po polsku. Miał straszne problemy z tego powodu. Dlatego postanowili z mamą, że dzieci będą mówić po polsku.

Czy język kaszubski jest trudny do nauczenia?
Nie. Wymowa sprawia trudności ludziom nieprzyzwyczajonym do tych głosek. W kaszubskim fajne jest to, że mamy kilkadziesiąt odmian języka. Gdy uczę dzieci i młodzież lub starsze osoby języka kaszubskiego to mówię im tak: starajcie się mówić jak najlepiej po kaszubsku, ale jak wam coś nie wyjdzie, to się nie przejmujcie. Bo ci z północy pomyślą, że wy jesteście z południa, a ci z południa, że z północy. Ważne jest, żeby się nauczyć ortografii kaszubskiej. Jest o wiele łatwiejsza niż polska.

Co warto zobaczyć na Kaszubach?
Kaszuby to jest najpiękniejszy region na całym świecie. Mamy wszystko - góry, lasy, pagórki, wzgórza, rzeczki, jeziora, nawet trzy morza, Bałtyk, Zatokę Pucką i Jezioro Wdzydzkie. Tutaj można odpocząć, odetchnąć świeżym powietrzem. Nie potrafiłbym wskazać jednego miejsca na tym naszym kaszubskim świecie, które jest najpiękniejsze. Powinienem wskazać na Starzyno, tam gdzie się urodziłem. I na tym skończę. Nie obraźcie się, ale nie cierpię dużych miast. Wolę spokojną wieś.

WYWIAD MARCINA (warsztaty w Bytowie)

Wciąż wspomina się w rodzinie o twojej działalności w Zespole Pieśni i Tańca „Bytów”. Dlaczego wstąpiłaś do zespołu?
Kiedy się zaczęło zamiłowanie do tańca dokładnie nie pamiętam. Już jako mała dziewczynka bardzo lubiłam to robić. Jak trochę podrosłam, zaczęłam chodzić do MDK w Bytowie na specjalne kursy tańca dla dzieci. Pod kierunkiem pana Eugeniusza Kaniuki uczyliśmy się różnych rodzajów - towarzyskiego, dyskotekowego. W pewnym momencie pan Jan Stec zaproponował, abym spróbowała tańca w zespole i tak to się zaczęło.

Co ci to dawało na początku, po co to robiłaś, czemu się zaangażowałaś?
Na początku to była prawdziwa fascynacja – coś nowego – nauka śpiewu po kaszubsku, tańców. Czułyśmy się z koleżankami wyróżnione, że mogłyśmy razem ze starszymi tańczyć i śpiewać, wychodzić na scenę. Po co to robiłam? Bo sprawiało mi przyjemność. Stroje były piękne, kolorowe, dobrze się w nich czułam, choć często nie było zbyt wygodnie, doskwierało gorąco.

A co ci to dało z perspektywy czasu, jak oceniasz to dziś?
Zawsze będę miała ogromny sentyment do tamtych czasów. Mam z nich wspaniałe wspomnienia, miałam też możność poznania wielu ludzi, stykania się z naszą kulturą, ale też z innymi podczas wyjazdów. Dlatego namawiałam mojego syna Dawida do wstąpienia w szeregi zespołu. Lubi muzykę, więc pomyślałam, że może mu się to spodobać.

Ty w zespole nie tańczysz od lat, ale czy nadal masz jakiś kontakt z kulturą kaszubską, czy coś ci z tego zostało?
Co zostało do dziś? Hmm... Pamiętam niektóre piosenki, melodie. Ale nie żyję tylko wspomnieniami. Staram się pokazywać swoim dzieciom ciekawe miejsca na Kaszubach, odwiedzam z nimi muzea, skanseny. Pewnie więcej mogłoby być w naszym domu kaszubskich tradycji, które bardzo mi się podobają, ale za to gotuję według starych przepisów, lubimy typowo kaszubskie smaki, potrawy.

WYWIAD TOMKA (warsztaty w Bytowie)

Znamy się ponad dekadę, ale wciąż trudno mi cię rozgryźć...
Wydaje mi się, że nie jestem taki jak wszyscy. To dlatego, że mój tata, gdy się urodziłem, miał już 49 lat. Pamiętam go więc jako pana po pięćdziesiątce, a wiadomo, że w tym wieku jest się już poważnym człowiekiem. Nie zabierał mnie i brata nad jezioro, nie wyjeżdżaliśmy do dużych miast, bo nie mieliśmy samochodu, a tata nigdy nie zrobił prawa jazdy.

A co dobrego masz po swoich rodzicach?
Tata zawsze był bajarzem, często wtrącał śmieszne przyśpiewki. Pamiętam chyba wszystkie jego opowieści, wśród których sporo miejsca zajmowała wojna i to, jak się żyło ludziom na Kaszubach, a dokładnie w jego rodzinnej wsi - Trzebuniu w gminie Dziemiany. Tym życiem i ja obrosłem, stając się jakby człowiekiem z poprzedniej epoki. Poza tatą kształtowało mnie też częste przebywanie w jego domu rodzinnym w Trzebuniu, gdzie mieszkali jego brat i siostra - oboje niezamężni, więc całą uwagę skupiali na mnie i starszym bracie. On jednak szybko „poszedł w świat” - zaczął chodzić na harcerstwo, potem dużo grał koncertów, bo jest muzykiem, a gdy zaczął studiować, to oderwał się od naszego stylu życia niemal zupełnie. Więc siłą rzeczy przez większość dzieciństwa i jako nastolatek to ja towarzyszyłem rodzicom i wujostwu, nasiąkając tym wszystkim, czym oni żyli.

Czego się od nich nauczyłeś?
Poszanowania tradycji - wiara na pierwszym miejscu, ale nie ta kreowana przez środowisko Radia Maryja. Lubię pójść do kościoła w Dziemianach, w którym na ławkach widnieją tabliczki z imieniem i nazwiskiem mojej cioci Julianny i wujka Franciszka, którzy przed wieloma laty wykupili sobie te miejsca, lubię Matki Boskiej Gromnicznej ze świecami. Na wsiach to wciąż jeszcze bardzo żywe tradycje. Po drugie nauczyli mnie poszanowania ziemi. Znajomi z miasta, nawet rodzina, co jakiś czas mówią: „Sprzedaj trochę ziemi, przecież tyle tego masz”. Odpowiedź mam zawsze tą samą: „Ja jej nie kupiłem, więc nie będę sprzedawał”. Żona śmieje się ze mnie, że to najdobitniej świadczy o tym, że jestem prawdziwym Kaszubą.

A co z mową kaszubską - czy tego również się od nich nauczyłeś?
Znam doskonale kaszubski, ale tylko w mowie, bo nigdy po kaszubsku nie pisałem. Chociaż moich rodziców już nie ma, teraz ja z żoną, która uczy tego języka w szkole, mówimy w rodnej mowie, włączają się krewni, sąsiedzi. To zupełnie naturalne, ale głównie dla Trzebunia, choć coraz częściej robimy to celowo w Bytowie, gdzie dziwnie się na nas patrzą w sklepach. Cały czas poprawia nas prawie pięcioletnia córeczka: „Nie mówi się słuńce, tylko słońce”, „Mamo, nie mów ni ma, tylko nie ma”, „To nie jest arbata, tylko herbata”. Śmieszy nas to, bo ona już zwraca uwagę, że mówimy inaczej i mamy nadzieję, że to przyjdzie jej dzięki temu zupełnie naturalnie, że się osłucha.

Jesteś więc bardziej człowiekiem wsi?
Zdecydowanie tak, choć od urodzenia mieszkam w Bytowie, zawsze byłem tu zameldowany. Każdą jednak wolną chwilę, weekendy spędzam w domu na wsi, który pokochała również żona. To dlatego w ponad stuletni dom staramy się tchnąć nowe życie. Wzmocniliśmy w pełni drewnianą, choć częściowo podpiwniczoną konstrukcję, wymieniliśmy dach, obiliśmy całość nowymi deskami. Jak zabraliśmy się za remont, słyszałem w rodzinie głosy, że lepiej tę budę zburzyć i postawić nowy dom. Nie zgadzałem się z tym, i tak od 10 lat wkładamy wszystkie pieniądze w dom z 1909 r., ale też zabytkowy kamienno-drewniany chlew z 1910 r. Jeśli my byśmy tego nie zrobili, następne pokolenia już by go nie zobaczyły. A w takim domu, gdzie są drewniane ściany obrzucone gliną, drewniany strop, kaflowe piece, wymurowana z wielkich kamieni piwnica przyjemnie jest przebywać, spać. Poza tym to jest mój wkład w zachowywanie tradycji. Niczego innego nie potrafię. Mogę zrobić tylko to, by w Trzebuniu pozostał ten dom, który jest ostatnim drewnianym budynkiem.

×